niedziela, 20 marca 2011

Zdjęcia Liban



















Bejrut

Skały Gołębie, Bejrut

Bejrut

Skały Gołębie, Bejrut

Uniwersytet Amerykański w Bejrucie

Plac Budowy, Bejrut

Kamienica,

Ruiny bloków po wojnie domowej, Bejrut

Największy Meczet w Libanie,Beejrut

Wnętrze meczetu

piątek, 11 marca 2011

Liban relacja

               
          Niespełna dwa tygodnie temu wróciłem z Ameryki Południowej, podróże jak narkotyk uzależniają… Tym razem zapędziło mnie do Libanu i najpiękniejszego miasta Turcji- Stambułu .
Czytelników nie do końca zapoznanych z topografią mapy zapewniam, że nie lecę, mimo pokrewnych nazw, do Libii kraju północnej Afryki gdzie mają miejsce krwawe wewnętrzne konflikty.
          Liban jest to niewielki 4-o milionowy kraj, leżący na Bliskim Wschodzie, sąsiadujący z Syrią i Izraelem. Słowo Liban znaczy ceder. Nie sposób opowiedzieć o tym kraju nie nadmieniając jego historii ostatnich lat. Wszystko co tragiczne zaczęło się gdy w maju 1948 roku, na terytorium palestyńskim proklamowano państwo Izrael. W tym samym czasie libańscy żołnierze i ochotnicy, dołączyli do bojowników palestyńskich i rozpoczęli walkę przeciwko Izraelowi. Prześladowani Palestyńczycy uciekali do Libanu i osiedlali się jako uchodźcy. Od tamtego czasu na terenie Libanu jest ok 400 tyś. palestyńskich uchodźców.Lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte to czas świetności i dynamicznego rozwoju Libanu. Bejrut nazywany był wówczas Szwajcarią Bliskiego Wschodu. W międzyczasie przybierał na sile konflikt muzułmańsko-chrzescijański osiągając swoje apogeum w kwietniu 1975 roku. Wtedy w wyniku religijnych mordów rozpoczęła się wojna domowa w Libanie, gdzie zginęło tysiące ludzi obu wyznań. Wojenna masakra trwała 15 lat doprowadzając wiele rejonów kraju do faktycznej ruiny.
W 1976 roku Liga Arabska wykorzystując chaos, zezwala wojskom syryjskim na interwencje w Libanie. W jej rezultacie 40 tysięcy żołnierzy Syryjskich okupuje Liban aż do 2005 roku. Destabilizację Libanu wykorzystuje również Izrael, pod hasłem Pokój dla Galilei zajmuje południowe rejony Libanu. Od tamtej pory krajem wstrząsają zamachy i ataki terrorystyczne.
           Od kilku lat W Libanie panuje pokój i wszystko wraca do normalności. Po bolesnych doświadczeniach wojny domowej, kompromis zawarty pomiędzy stronami zawiera równy podział władzy. W parlamencie, połowa miejsc przypadają zawsze chrześcijanom i połowa muzułmanom. Prezydentem jest zawsze chrześcijanin, a premierem muzułmanin. Taki podział władzy pozwala unikać wybuchu niezadowolenia po każdych wyborach. Libańczycy mówią, że ten system się sprawdza i to czyni go unikatowym na skalę światową.
           Niedaleka burzliwa historia kraju czyni go mało popularnym turystycznie, jednak to właśnie ten argument jak i możliwość stąpania po arabskiej ziemi zmotywowała mnie do odwiedzenia Libanu. To tutaj rozwinęła się dawna kultura fenicka, widnieją dobrze zachowane ruiny rzymskich miast i świątyń oraz sławne libańskie cedry, jaskinie a także kuchnia zapowiadają kolejną niezwykłą przygodę…

7.03.2011 Bejrut
   
        Stolica licząca połowę ludności kraju przyciąga swoimi rozmiarami. Spoglądając przez okno samolotu, widok oświetlonych wieżowców wzdłuż falującego morza, sprawia wrażenie jakbym lądował w Nowym Jorku a nie w Bejrucie. Hotel Beau Rivage znajduje się w pobliżu morza więc od spaceru nadmorskim deptakiem rozpoczynam zwiedzanie. Betonowa aleja Cornihe wiedzie wśród licznych kawiarni które przyciągają modnie ubraną stołeczną elitę. Droga wiedzie na szczyt wielkich kredowych klifów, nagle wprost z morza wyrastają dwie charakterystyczne samotne skały zwane Gołębimi. Powstały one w wyniku działania fal morskich, które przebiły je na wylot, tworząc w nich naturalne bramy. Ten alegoryczny widok jest jednym z symboli Bejrutu i jak magnes przyciąga liczne zakochane pary. W pobliżu wybrzeża zlokalizowany jest pełen zieleni kampus Uniwersytetu Amerykańskiego w Bejrucie. Do tej ekskluzywnej uczelni zjeżdżają studenci z całego Bliskiego Wschodu, nauka odbywa się w języku angielskim. Na terenie uniwersytetu znajduje się muzeum archeologiczne, pełne bogatych kolekcji znalezisk z różnych epok, wizyta pozwala przybliżyć bogactwo miejsc jakie odwiedzam. Wkraczając na ulicę Hamra doświadcza się tętniącego życiem serca Bejrutu. Na tym terenie swoje siedziby ma całe centrum biznesowe. Liczne sklepy, kawiarnie , biura, przyciągają zamożniejszych mieszkańców kraju. Bejrut okazuje się miastem pełnym kontrastów zaskakującym każdego podróżnika po Bliskim Wschodzie. Centrum tej metropolii o nazwie Downtown to enklawa bogactwa i nowoczesności, trudno uwierzyć że przetoczyła się tu kilkunastoletnia wojna domowa. Jednak wystarczy przejść kilka przecznic dalej by zobaczyć wielopiętrowe budynki nadające się tylko do rozbiórki. W wielu miejscach Bejrut stanowi jeden plac budowy. Stolica tętni własnym dość żywym rytmem, choć nie pozbawiona jest chaosu, czego dowodem jest komunikacja miejska. Brak jest jakichkolwiek przystanków, ludzie stają przy brzegu ulicy machając ręką zatrzymują stare mikrobusy świadczące usługi transportowe. Nie ma mowy o biletach, płaci się kierowcy podczas jazdy. Obyczaj ten znany jest mieszkańcom, jednakże przypomina bardziej południowoamerykańskie realia aniżeli europejskie standardy. Na ulicach wszechobecne jest również uzbrojone wojsko oraz policja. Widok czołgu na jednym ze skrzyżowań wzbudził moje ogromne zdziwienie, pozostawiając sytuację bez komentarza.

8.03.2011

           Udaję się na północ do najpiękniejszego krajobrazowo regionu Libanu do miejscowości Bszarra. Miasteczko klimatem i wielkością przypomina nasz Karpacz jednak rozciąga się w stromych górskich stokach ponad urwiskami doliny Wadi Kadisza. Właśnie ta dolina jest punktem docelowym podróży. U stóp najwyższego pasma gór Liban na przestrzeni kilkunastu kilometrów ciągnie się malowniczy wapienny kanion w którym klasztory wznieśli maronici. Wadi Kadisza( Święta Dolina) ma dł 35 km i głębokość w niektórych miejscach 1 kilometra, została wyrzeźbiona przez spływającą z najwyższych szczytów górskich rzekę Nahr Abu Ali. Na dnie doliny pod kilkusetmetrowymi ścianami skalnymi od wieków budowano chrześcijańskie klasztory. W trakcie całodniowej forsownej wyprawy zwiedzam kilka z nich. Klasztory przypominają greckie meteory, są miejscem wizyt osób dziękujących za otrzymana łaski jak i tych proszących o uzdrowienie. Widoki głębokich otchłani kanionu zapierają dech w piersiach. Maronici to ortodoksyjny odłam chrześcijan, którzy zamieszkują te regiony do dnia dzisiejszego, dlatego trudno tu spotkać choć jeden meczet. O radykalnym podejściu do religii mogłem się przekonać osobiści, gdy nie mogłem w żadnej restauracji zjeść kebaba. Dowiedziałem się, że w trakcie 52 dni postu większość mieszkańców nie spożywa mięsa stąd problemy z jego kupnem. W regionie tym istnieją jedne z nielicznych skupisk drzew cedrowych, tak słynnych w historii Libanu. Produkcja olejku cedrowego służącego do balsamowania zwłok, czy drzewo służące do budowy okrętów, były przez wieki pożądane przez Egipt. Handel tak cennymi materiałami doprowadziły do potęgi wiele fenickich miast takich jak Tyr, Sydon czy Trypolis. Drzewa te mające nawet tysiąc lat i sięgające 30 metrów, w wyniku wielowiekowych najazdów wroga zostały wyniszczone i stanowią obecnie rezerwaty przypominające o bogatej historii kraju z nimi związanej. Liban to kraj klimatycznych skrajności. Ośnieżone stoki w górach przyciągają miłośników narciarskich wrażeń, jednak wystarczy tylko godzina drogi by tego samego dnia po śnieżnych eskapadach wczesną wiosną wykąpać się w już ciepłym Morzu Śródziemnym. Trudno znaleźć kraj oferujący tak skrajne wrażenia w jednakowym czasie.

9.03.2011

        Oderwanie się od zgiełku wielkomiejskiego Bejrutu oferuje oddalone zaledwie 40km od stolicy stare rybackie miasteczko Dżubajl (Byblos). Niegdyś był to najważniejszy i najsławniejszy fenicki port. Obecnie miniaturowa otoczona starymi murami starówka i mała przystań, przypominają miasteczka południowych Włoch lub Francji. Jedynie rozbrzmiewające kilkakrotnie w ciągu dnia nawoływanie muezina na modlitwę do meczetu przypomina że to Bliski Wschód. Miejsce to jest idealnym wyborem by skosztować jedną z tradycyjnych libańskich potraw w tle szumiącego morza.
             Kilkanaście kilometrów na północny wschód od Bejrutu znajdują się prawdziwe skarby Libanu–Jaskinie Jeita, stanowiąc jedne z najciekawszych cudów natury Bliskiego Wschodu. Usytułowane są w dolinie Naher-el-Kalb (Psiej Rzeki) i zostały wydrążone przez wodę. Pokonując długie korytarze, gdzie jeden z nich zwiedza się płynąc płaskodenną łodzią wkracza się w baśniową krainę. Wapienne skały tworzące ściany wąwozu obrazują spektakularny widok. Libańskie ministerstwo turystyki zgłosiło jaskinie do jako pretendenta do jednego z 7 cudów świata jednak zakaz fotografowania nie pomoże w rozpowszechnianiu tego nietuzinkowego miejsca.

10.03.2011

         Ostatni dzień poświęcam na zwiedzanie jednych z największych ruin archeologicznych w Baalbek. W miejscowości tej Rzymianie zbudowali gigantyczną świątynię Jowisza, największą jaką kiedykolwiek wystawiono w Imperium Romanum. Świątynię tę budowano przez 400 lat, wystarczyły dwa trzęsienia ziemi by obrócić większą część budowli w ruiny. Jednak pozostałe kilka kolumn pozwala pamiętać o Romańskiej potędze. W Baalbek spotkałem się z potężną śnieżycą, mróz zaskoczył mnie całkowicie jednak życzliwość niektórych ludzi dając miejsce przy gorącym piecu znacznie poprawiła zmarźnięty nastrój. Nie bez kozery zaznaczyłem niektórych gdyż w tym rejonie Libanu spotkałem się z duża napastliwością ludzi w hotelu i na ulicach.

            Z dwoma butelkami libańskiego wina i tradycyjnym plackiem zastępującym Libańczykom chleb żegnam się z tym małym lecz różnorodnym krajem. Na ulicach Libanu trudno spotkać Arabów w tradycyjnych turbanach, nawet niewiele kobiet chodzi w chustach na głowie. Bejrut bardziej przypomina europejskie miasta, obraz ten burzy wyobrażenie o Bliskim Wschodzie. W rozmowach z ludźmi za każdym razem wyczuwa się tęsknotę za normalnością, dostatnim życiem. Niejeden raz słyszałem narzekania na nieustające podwyżki, wysokie podatki, złodziejstwo rządu, wysoką inflację, skutkiem czego rodzime produkty jak cukier, owoce, podrożały dwukrotnie w ostatnim czasie. Młodzi ludzie chcieliby uciekać do Europy za lepszym życiem jednak czują wrogość tylko dlatego że są Arabami. Mimo trudności w kraju, ludziom nie brakuje życzliwości, której doświadczyłem w trakcie krótkiego pobytu. Libańczyków cechuje też ambicja, co drugi napotkany Libańczyk mówił po angielsku a rodzice wydają ostatnie pieniądze by zapewnić prywatną lecz wartościowszą edukację swym dzieciom. Warto było porozmawiać o zwykłym życiu ze zwykłymi ludźmi, wedle ich wyobrażeń Polska to jak Nowy Świat…

sobota, 26 lutego 2011

Ekwador cz 2

Bazar Sqilasili

Bazar Squilasil

Sprzedawczyni na straganie Sqilasili

Jeziero w kraterze wulkanu


Pomnik Równika Mital del mundo

Wulkan Cotopaxi

Wulkan Cotopaxi

Roślinność w Parku Narodowym Cotopaxi

Otovalo

Magia w Otovalo

Bazar w Otovalo

Otovalo

Bazar w Otovalo

Żebraczka Quito

czwartek, 24 lutego 2011

Popayan, Santa Marta, Wenezuela

14.02.2011
 Noc i dzień upłynęły w morderczej gonitwie z czasem, pięciokrotnie zmieniałem autobus. Jak przypuszczałem granica ekwadorsko- kolumbijska otwarta jest od 6 rano, już pół godziny przed czasem czekam zniecierpliwiony na pieczątki w paszporcie. Wracam do Ipiales w trakcie drogi mijam  kolejne bilbordy z listą najbardziej poszukiwanych szefów mafii kokainowej, z wielomilionową nagrodą za jakiekolwiek informacje na ich temat, na tablicach widnieją przekreślone wizerunki schwytanych bossów. Listy gończe widnieją w wielu miejscach, na każdym lotnisku w Kolumbii, dają informację jak rząd walczy ze zorganizowaną przestępczością. Odczuwa się to również na ulicach, gdzie pełno jest policji tej praworządnej , nieskorumpowanej jak w Wenezueli. W San Agustin i na lotnisku w Bogocie maiłem możliwość rozmowy z funkcjonariuszami policji i zrobili na mnie duże wrażenie, otwartych wykształconych ludzi. W Ipiales o 7 rano mam autobus do Papayan, który jak podaje sprzedawca biletów ma jechać 7 godzin,  więc powinienem na godzinę przed czasem dotrzeć na lotnisko, pojawia się powściągliwy uśmiech na mej twarzy. Jeszcze nie wiedziałem jak nerwowa, pełna irytacji podróż mnie czeka… Po  ponad dwóch godzinach jazdy docieramy do Pasto gdzie autobus robi postój na pół godziny, wtedy dowiaduję się że przed nami jeszcze 6 godzin jazdy więc na pewno nie zdążę, wyskakuję z autobusu szukam innego, szybszego lub wieloosobowe taxi, niestety mają komplet. Jadę mniejszym autobusem który ma jechać  5 godzin, podróż upływa wolno, siedzę jak na szpilkach, otwarte okna przy mojej gorączce to jak gwóźdź do trumny, nagle w połowie drogi wszyscy wysiadają idąc do przydrożnej restauracji na obiad, mało nie wyjdę z siebie…Wszyscy ze spokojem delektują się dwudaniowym obiadem. Poddaję się, nie mam wpływu na resztę ludzi powoli godzę się, że nie zdążę na lot.                                                                                                                               Dotarłem na 15.30 w górze widząc startujący samolot. Zdążyłbym gdyby kierowcy nie zechciało się zrobić przerwy na obiad! Mam dość mentalności ludzi z Ameryki Południowej , którym nigdy nigdzie się nie spieszy, którzy nie wiedzą co to punktualność , za cel mają aby sprzedać bilet, obligatoryjnie zaniżając czas podróży! Na lotnisku kolejna skrajność, wściekły podchodzę do okienka obsługi , tu niespodzianka zmieniają mi termin lotu bez żadnych problemów na następny dzień( co w Europie jest nie do pomyślenia).Biorę głęboki oddech ,spotyka mnie trochę szczęścia w nieszczęściu, mam czas by kilka godzin poleżeć w łóżku, i zwiedzić najbardziej zachowane i najpiękniejsze kolonialne miasto w Kolumbii.
15.02.2011
                Papayan przyciąga swoją gościnnością, spokojem i czystością. Na przestrzeni  XX w kiedy wiele kolumbijskich  miast wkraczało na drogę modernizacji i industrializacji, Popayan zdołało zachować swój kolonialny charakter. Przeżyło też trudne chwile gdy w 1983r nawiedziło je trzęsienie ziemi. Prace renowacyjne trwały żmudne 10 lat jednak efekty  zaskoczyły nawet ich twórców. Miasto tworzy dziesiątki prostopadłych ulic o dwóch nazwach Carrera i Calle zmieniają się tylko liczby od 1 do 24.Wszędzie widnieją białe, parterowe budynki z zielonymi okiennicami i dachami z ceglanej dachówki. Jak każde miasto Papayan również,  posiada centralny Park Caldas pełen zieleni, gołębi, pucybutów, największe wrażenie robi fotograf posiadający muzealny już sprzęt z lat chyba 40-tych (duże metalowe pudło), w parku postawił pluszowego konika i zachęca przechodniów do fotografii. Klimat niczym z filmów z Charlie Cheplinem. W dzisiejszych czasach coraz trudniej znaleźć miejsce gdzie czas jakby się zatrzymał, często szukamy skansenów by choć na pewien czas znaleźć się niedzisiejszym świecie ,  Popayan jest jednym z nich…
16.02.2011
                Dotarłem do wybrzeża Morza Karaibskiego z Santa Marty jadę do małej  rybackiej wioski Taganga. Wszystkie hotele pękają w szwach, znajduję jednak drogi  lecz pięknie położony  zaledwie 5 metrów od morza. Widok  i na zatokę i szum fal rekompensuje dotychczasowe trudy podróży. W wiosce pełno jest rybackich łodzi, restauracje do późnych godzin nocnych tętnią karaibskim życiem, mimo to jest cicho, spokojnie z dala od gwaru samochodów, to idealne miejsce na odpoczynek.
17.02.2011
                Czas wracać do Wenezueli, do Caracas skąd mam powrotny samolot. Powoli  moja podróż  dobiega końca. Jadę do miejscowości Mocoa gdzie po noclegu rano wynajętą wieloosobową taxi przekraczam granicę do najbliższego dużego miasta w Wenezueli Maracaibo .Podróż kilkudziesięcioletnim chevroletem znanym z filmów” Grace” trwa ponad 4 godziny, wiodąc drogą przypominającą krajobraz po bombardowaniu.Kilkakrotnie asfalt kończy się i widnieje dwumetrowy dół wielkości autobusu objazd jest polną wyboistą drogą, podróż nocą na tym odcinku jest po prostu niemożliwa. Na odcinku 50km  dziewięciokrotnie legitymowało nas wojsko, dokoła pełno śmieci, które wyrzucane są z jadących samochodów przez okno. Jadąca ze mną wenezuelska rodzina kilkakrotnie coś wyrzucała jakby to była normalna sprawa. Z Maracaibo jadę nocnym autobusem do Caracas,14 godzinna podróż dostarcza kolejnych dość „ odmiennych” wrażeń…Pięciokrotnie wszystkich pasażerów piętrowego autobusu legitymuje wojsko, w tym dwa razy karząc wszystkim wysiadać, odbierać z luku bagażowego  torby i ustawiać się w kolejce do indywidualnych przeszukań…Precedens trwał około godziny a widok zaspanych o północy matek z kilkumiesięcznymi dziećmi na ręce, trzymającymi w drugiej torbę, stojących w kolejce do przeszukań wołał o pomstę do nieba. W równie wielką irytację wprawia widok kilkudziesięciu żołnierzy, urzędników bawiących się telefonami komórkowymi w trakcie służby rzecz jasna. Bardziej zasłużyliby się dla kraju sprzątając wszechobecne śmieci.  Nie wiem za co 60 % społeczeństwa wenezuelskiego popiera Hugo Chaveza, czyżby lubili takie komedie, taka jest polityka w Wenezueli! Nad ranem kolejnego dnia dojeżdżam do Caracas, z okna zwiedzam miasto, które w centrum robi dobre wrażenie. Pełno zadbanych ulic, piętrzących się wieżowców. Caracas leży w dolinie a na jej wzgórzach, na obrzeżach rozciągają się olbrzymie połacie faveli(małych domów, budowanych przez biedotę), jest ich niezliczona ilość, chyba najwięcej w całej Ameryce Południowej. Teraz rozumiem dlaczego jest to tak niebezpieczne miasto, każdy z nich szuka ”źródła dochodu” … Na Lotnisku kolejny absurd , kolejne przeszukanie mimo standardowych restrykcji.  Gdy bagaż jest już nadany w samolocie wojsko wybiera kilkanaście bagaży do przeszukania, jednym z nich był mój zafoliowany dla bezpieczeństwa plecak. Kręcąc głową na znak dezaprobaty cieszę się, że wracam do Europy, Polski, cywilizacji…
Wypadałoby podsumować podróż…Zobaczyłem pokaźny kawałek Ameryki Południowej .        Ekwador zapamiętam jako kraj pełen wulkanów i tradycji. Nie wiem gdzie jeszcze na świecie tak pięknie ludzie starzy i młodzi wtapiają w XXI wiek tradycyjne ubiory, podkreślając tym swoją odrębność, lokalną przynależność i prawdziwy patriotyzm.                                                                                              Kolumbia to kraj pięknych, urodziwych ludzi. W chwili obecnej reprezentuje chyba najwyższy poziom socjalno-ekonomiczny, ulice są czyste, rząd robi wszystko by obywatele i przyjezdni czuli się bezpiecznie i to się czuje! Pomysły że to kraj pełen przestępczości to już stereotypy, ona istnieje jednak nie jest odczuwalna dla szarego obywatela lub turysty. Kraj ten ze względu na ludzi, poziom życia i czystość zyskał moją największą sympatię.                                                                                                              Wenezuela to piękny kraj posiadający chyba najpiękniejsze krajobrazy na kontynencie, jednak polityka , socjalistyczny ustrój, wpływa na mentalność ludzi a przecież to ludzie tworzą kraj, wszechobecne, bezsensowne wojsko, śmieci, powodują, że mam niedosyt, polityka  uwstecznia ten kraj a mogłaby to być kraina mlekiem i miodem płynąca.
                 Z największym sentymentem będę wspominał wyprawę w Andy, to tam naprawdę poznałem siebie, pokonywałem słabości ,był to czas refleksji i wniosków. Spotkałem wielu życzliwych i oryginalnych ludzi. W pamięci pozostanie mi  radosny Brazylijczyk który na 50-te urodziny zafundował sobie samotna podróż autem po Ameryce Południowej, mało tego jego żona i syn podróżują również ale oddzielnie, widocznie nie tylko ja czasami potrzebuję samotności. Ten radosny człowiek stanowił kontrast do „wiecznie narzekających smutasów” z Polski. Przeżyłem kilka przygód i trudności jak naprawdę ciężka choroba, ale to dobrze bo teraz naprawdę znam realia prawdziwej samotnej podróży.                                                                                                                                                                          Zwiedzone kraje obrazują mentalność zamieszkujących ich ludzi, którym się nigdzie nie spieszy,”maniana” to ulubione słowo znaczące szeroko pojęte rano , jutro, w bliżej nieokreślonej przyszłośći .Ludzie z południa nie wiedząco to punktualność, kult pracy jest równorzędny z odpoczynkiem a potrzeba życia w czystym ,pozbawionym śmieci, podwórku, mieście ,kraju nie jest istotna w ich życiu. Dla mnie są to negatywne wnioski z podróży ale co jest bardzo ważne poznając inne kraje można docenić kraj w którym my mieszkamy. Często narzekamy że tak wiele brakuje nam do Europy Zachodniej, że rządy są nieskuteczne, tak to prawda zawsze mogło by być lepiej, taką mamy historię ale czasy wojsk na ulicach mamy dawno za sobą . Nasz poziom życia, rządów, kultury, mentalności, czy nawet  kuchnia, jest dla Ameryki Południowej snem i  jeszcze wiele czasu upłynie by mogli choć trochę nam dorównać. 
                Dziękuję Redakcji Słowa Podlasia za promocję, dzięki której mogłem się podzielić z tak dużą rzeszą czytelników.
                Drodzy  czytelnicy mam nadzieję, że z przyjemnością śledziliście moją podróż i była ona zachętą do odkrywania nowych  ludzi i miejsc. Pamiętajcie o jednym aby poznawać świat to tak naprawdę trzeba mocno chcieć reszta krok po kroku wyklaruje się sama…Wiele osób twierdziło, że jestem odważny, podróżowanie w rejony gdzie panuje pokój nie wymaga odwagi , jedynie chęci! Mam nadzieję, że choć dla kilku z was przetarłem szlaki i może spotkamy się podczas kolejnej podróży…

Zdjęcia Ekwador cz 1

Krawcy z Otovalo

Bazar warzywny w Sqilasili

Kobieta spotkana na drodze do Pululhua

WioskaPululhaua w kraterze wulkanu


Wystawa w Muzeum Mital del Mundo

Magia na równik, woda spływa bez wirowania

Magia na równiku

Bazylika w Quito

Uliczna artystyczna rodzina, Quito

Kochające się małżeństwo ,Quito

Kościół Św. Franciszka Quito

Plac w Klasztorze Św Franciszka Quito